Religia czyli życie na lotnisku

Wyobraźmy sobie lotnisko. Setki ludzi siedzących na ławkach, czekających na lot. Niektórzy się nudzą, inni są podekscytowani, wielu wygląda na zmęczonych i sfrustrowanych. Wszyscy mają bilety, wszyscy wierzą, że lecą w jakieś lepsze miejsce, ale nikt jeszcze nie dotarł do celu. Tak wygląda życie milionów ludzi, którzy wierzą w religijne obietnice – ciągle czekają na lepsze jutro, które nigdy nie nadchodzi.

Religia działa jak ogromne lotnisko. Człowiek rodzi się, uczy się zasad, przechodzi przez odprawę (rytuały, modlitwy, sakramenty), a potem czeka. Czeka na zbawienie, na raj, na nagrodę, na wieczne szczęście. Całe życie spędza na symbolicznym lotnisku, patrząc na tablicę odlotów.  Ludzie modlą się, odprawiają rytuały, liczą na to, że ich lot jest już blisko, ale wciąż tylko czekają.

Czy życie jest tylko po to, by siedzieć i oczekiwać? Czy naprawdę to właśnie jest cel istnienia – czekanie na coś, co ma nastąpić później, po śmierci lub po jakimś „sądzie ostatecznym”? Może prawdziwa tragedia religii polega właśnie na tym, że zabiera ludziom teraźniejszość, obiecując przyszłość, która nigdy nie przychodzi. Człowiek zamiast cieszyć się tym, co ma, żyje w nadziei na coś, czego nigdy nie zobaczy.

A gdyby nagle okazało się, że żaden samolot nigdy nie odleci? Że nie ma żadnego „raju”, żadnej nagrody, żadnego lepszego miejsca, do którego można dotrzeć? Co wtedy pozostanie ludziom, którzy całe życie czekali? Może odkryją, że przez całe życie mieli wszystko, czego potrzebowali, ale byli zbyt zajęci patrzeniem na tablicę odlotów, by to zauważyć.

Religia obiecuje, że lot się odbędzie. Ale życie jest tutaj, teraz – w tej chwili, a nie na tym symbolicznym lotnisku. Być może prawdziwe szczęście zaczyna się w chwili, gdy człowiek przestaje patrzeć na tablicę z odlotami i zaczyna żyć, odkrywając, że już dotarł tam, gdzie zawsze miał być – do swojego życia, które dzieje się tu i teraz.

Z przesłaniem dla świata, Morfeusz

Zobacz także

Dodaj komentarz