Legitymowanie
Milicja, policja, wszelkie służby porządkowe – wszystkie posługują się jednym schematem: legitymowanie obywatela. Ale co to właściwie oznacza? Czy ktoś pyta żywą istotę, kim jest? Nie. Zamiast tego prosi o dokumenty, które rzekomo mają o tym świadczyć.
Zakłada się, że człowiek może kłamać, ale dokument nie. To założenie samo w sobie jest absurdalne, bo przecież dokumenty można sfałszować. A jednak społeczeństwo ufa bardziej kawałkowi plastiku lub papieru niż słowu żywej istoty. Można argumentować, że nie każdy ma dostęp do możliwości fałszowania dokumentów, więc jest to bardziej „wiarygodne” niż deklaracja ustna. Ale ten argument rozpada się jak bańka mydlana w sytuacji, gdy mamy do czynienia z kimś, kto wcześniej nie miał żadnych dokumentów – na przykład dzikim człowiekiem z lasów Papui-Nowej Gwinei.
Jeśli taki człowiek zostaje przyprowadzony do urzędu, to jak stwierdzić jego tożsamość? Nie ma innej metody niż zapytać go w jego własnym języku: Jak się nazywasz? Na podstawie jego słów zostaje sporządzony dokument, który następnie uznaje się za prawdę. Ale co się dzieje pięć minut później? Gdy ten sam człowiek wychodzi na ulicę i zostaje zatrzymany przez patrol milicji, już nikt go nie pyta, kim jest – wszyscy patrzą na jego dokument. Kilka minut wcześniej jego słowo było jedynym dowodem jego tożsamości, a kilka minut później już nie ma znaczenia.
To absurd, który doskonale pokazuje, jak bardzo człowiek oddał władzę nad sobą systemowi. Jego własne deklaracje przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, a autorytetem staje się kartka papieru lub kawałek plastiku z wpisanymi danymi. Nie jesteś tym, kim mówisz, że jesteś – jesteś tym, co mówi o tobie dokument. Jak można mówić o rzeczywistej tożsamości, skoro jej istotą nie jest już żywy człowiek, lecz jego urzędowy odpowiednik?
Legitymowanie to proces, w którym człowiek jest sprowadzany do bytu administracyjnego, do numeru PESEL, do serii i numeru dowodu. Jego rzeczywistość zostaje zastąpiona przez biurokratyczną fikcję, której podporządkowują się wszyscy – łącznie z nim samym. I tak oto żywa istota, mająca świadomość i zdolność mówienia o sobie, zostaje wciśnięta w ramy systemu, który nie ufa słowu, ale ufa papierowi. Czy to jeszcze formalność, czy już religia papieru, w której dokument ma większą wartość niż ten, którego dotyczy?
Z przesłaniem dla świata, Morfeusz



