Wierny do grobowej porażki – anatomia kibica stadionowego

Kibic nie ma zwycięstw – przywłaszcza cudze. Nie ma siły – czci siłę innych. Nie ma wpływu – ale ma emocje, które karmią system.

Nie tworzy – ale konsumuje. Nie ryzykuje – ale cierpi. Nie zwycięża – ale wrzeszczy: „WYGRALIŚMY!”

A przecież nic nie wygrał. Siedział. Jadł. Krzyczał. A potem poszedł spać z dumą, że “jego drużyna” dała mu sens życia na dziś.

To stadna religia bez boga, ale z flagą. Bez myśli, ale z barwami. Bez sensu, ale z rytuałem. Kibicowanie to misterium zbiorowego utożsamienia się z obcym sukcesem – by zapomnieć o własnym braku działania. To forma zbiorowego snu, w którym wszyscy są wojownikami, ale nikt nie ruszył się z kanapy.

Kibic to człowiek, który oddał swój głos, swoje emocje i swoją tożsamość komuś innemu – i nazwał to wiernością. Wiernością klubowi, fladze, herbowi, koloru.

Nie rozumie, że gdy drużyna przegrywa – on też przegrywa. Nie dlatego, że to go dotyka, ale dlatego, że uczynił z tej gry część siebie. A przecież to nie on trenował, nie on walczył, nie on zwyciężał ani przegrywał. On tylko patrzył. I krzyczał. I jeszcze mu się wydaje, że jest potrzebny. Że bez niego drużyna “nie miałaby ducha”. Jakby śpiew z trybun miał uzdrawiać zerwane więzadła.

To nie wspólnota. To iluzja wspólnoty. To nie identyfikacja. To po prostu ucieczka od siebie.

Chodzi o to, że kibic nie przeżywa własnych doświadczeń, tylko przeżywa życie za pośrednictwem kogoś innego. Zamiast własnych działań, wyborów, ryzyka – emocje i tożsamość opiera na cudzych sukcesach i porażkach.

✔ Gdy drużyna wygrywa – kibic czuje się wygranym, choć sam nic nie zrobił.

✔ Gdy drużyna przegrywa – kibic cierpi, choć nie był na boisku.

✔ Kibicuje przez lata, zna składy, daty, kolory – ale nie zna siebie.

To tak, jakby aktor zagrał rolę życia, a widz był przekonany, że to jego autobiografia.

Inaczej mówiąc: kibic nie żyje swoim życiem – żyje „życiem” swojej drużyny.

✔ Nie podejmuje realnych działań, ale przeżywa „emocje” cudzych działań.

✔ Nie tworzy – ale utożsamia się z twórcami.

✔ Nie zwycięża – ale przywłaszcza zwycięstwo.

To właśnie jest podstawienie. Zamiast budować siebie, przykleja się do kogoś innego – i na tym buduje własną tożsamość. To jakby zamiast iść w swoją drogę, przyczepić się do pociągu innego człowieka i wierzyć, że się gdzieś dotarło. I tak może trzymać kciuki przez całe życie. Nie dla siebie. Dla nich. Bo tylko w cudzym zwycięstwie może przeżyć chwilę fikcyjnego sensu. A kiedy drużyna spada z ligi, on też się załamuje. Bo razem z nią runęła jego namiastka tożsamości.

Tak umiera człowiek, który nigdy nie grał, ale wierząc w cudzy mecz, przegrał swoje własne życie.

Z przesłaniem dla świata, Morfeusz

Zobacz także

Dodaj komentarz