Nie podpisuję, nie głosuję

Konstytucja mówi, że każdy obywatel ma prawo wybierać i być wybieranym. Brzmi to jak fundament wolności, ale już pierwsza warstwa procedury zmienia obietnicę w fikcję. Obywatel nie może stanąć do wyborów sam z siebie. Zanim w ogóle pojawi się jego nazwisko, musi zebrać tysiące podpisów innych ludzi. Ten warunek sprawia, że prawo podstawowe nie istnieje samo w sobie, lecz zależy od biurokratycznego filtra. Podpis nie jest wyrazem zaufania ani poparcia, bo nikt nie zna osobiście setek czy tysięcy kandydatów. Podpis jest tylko rubryką wypełnioną po to, by system mógł odhaczyć liczbę. To statystyka, nie więź między obywatelem a człowiekiem, którego nazwisko trafia na listę.

Kiedy kandydaci przejdą przez ten próg, pojawiają się na liście. Ale lista to nie wolny wybór, to asortyment. Do urny trafiają tylko ci, którzy wcześniej sami siebie dopuszczają, spełniając wymogi systemu. Obywatel nie wybiera tego, kto ma prawo być kandydatem. Obywatel dostaje gotowy zestaw i może tylko wskazać, który z towarów jest mu mniej obcy. To nie wybór, lecz alternatywa, ankieta w sklepie, którego półki ktoś wcześniej zapełnił.

W dniu głosowania nie decyduje się los państwa, lecz rozpoczyna się kolejne przeliczenie. Kartki z urny są wrzucane w algorytm. To nie jest prosty rachunek: kto ma tyle głosów, dostaje tyle miejsc. Głosy są dzielone, ułamkowane, mnożone przez dzielniki. Ten sam rozkład głosów może dać różne rozkłady mandatów w zależności od wybranej metody.  Metoda D’Hondta premiuje dużych, Sainte-Laguë daje więcej małym. To nie wola narodu, to matematyka polityczna.

Na końcu powstaje Sejm. Patrząc z boku, widać większość. Ale ta większość nie oznacza, że większość obywateli ją poparła. Oznacza tylko, że algorytm dał jej więcej miejsc, niż wynikało z proporcji. W ten sposób buduje się fikcję reprezentacji. Cały ten łańcuch opiera się na jednym założeniu: że obywatele będą współpracować. Że podpiszą listy, że wrzucą kartki, że zaakceptują wynik. Ale jeśli przestaną, jeśli nie będzie podpisów, wtedy prawda wychodzi sama. System stanie przed pustką: albo przyzna, że nie ma wyborów, bo nie ma list, albo w pośpiechu zmieni przepisy, by procedura trwała mimo braku poparcia. I wtedy staje się widoczne, że wybór nigdy nie istniał naprawdę, że był tylko konstrukcją administracyjną, którą można dowolnie przesuwać.

Tak właśnie widzi się, że tzw. wybory to czysta iluzja. Obietnica konstytucji zamienia się w filtr podpisów, filtr podpisów w asortyment list, asortyment w ankietę, a ankieta w algorytm. Obywatel nie wybiera — obywatel dostarcza dane. A system sam liczy, przelicza i ogłasza wynik jako wolę narodu.

Mówią: wybory są tajne, żebyś czuł się wolny i nikt nie wywierał na ciebie presji. Ale ta tajność działa tylko w jedną stronę. Ty nie możesz sprawdzić swojego głosu, nie masz dowodu, że kartka, którą wrzuciłeś, została policzona zgodnie z twoją wolą. Kiedy urna się zamyka, twoje „prawo” kończy się wraz z kartką. Od tej chwili wszystko należy do systemu.

System z kolei ma pełen dostęp. Wie, ilu przyszło, ile było głosów ważnych, ile nieważnych, ile pustych. Wie, jak rozłożyć wyniki, jak je zsumować, jak je ogłosić. A ty masz tylko uwierzyć w komunikat końcowy.

Tajność chroni nie ciebie, tylko ich. Chroni system przed weryfikacją, bo jawność zniszczyłaby jego monopol na liczenie. Gdyby każdy miał dowód swojego głosu i możliwość samodzielnego sprawdzenia wyniku, iluzja mogłaby runąć.

Tajność to zasłona. Oficjalnie dla wolności obywatela, w rzeczywistości dla bezpieczeństwa systemu. Tajne dla ciebie, jawne dla nich.

Wyobraź sobie wybory, w których każdy obywatel po oddaniu głosu dostaje kod albo kopię swojego wyboru. Ten kod trafia też do publicznego rejestru — listy wszystkich głosów. Każdy mógłby wejść na stronę i sprawdzić: „tak, mój głos jest tu, dokładnie taki, jak oddałem”. Każdy mógłby też policzyć całość, niezależnie od komisji. Wynik byłby jawny i niepodważalny, bo każdy miałby dowód.

Dlaczego tego nie ma? Bo to by obnażyło cały teatr. Okazałoby się, że nie ma miejsca na manipulacje, przeliczenia i narracje o „frekwencji”. Obywatel nie musiałby wierzyć systemowi, tylko widziałby wynik sam.

System mówi: „jawność zniszczyłaby wolność wyboru, bo inni mogliby cię zmusić do pokazania głosu”. Ale prawdziwy powód jest inny: jawność zniszczyłaby monopol systemu na liczenie. A bez tego monopolu nie da się już mówić: „to wola narodu”.

Jawność to byłby koniec iluzji. Dlatego wybory muszą być „tajne”. Tajne nie po to, byś był wolny, ale po to, żebyś nigdy nie mógł sprawdzić, czy wynik jest prawdą.

Konstytucja obiecuje, procedura odbiera, a algorytm zamienia to w teatr liczb. Ale iluzja działa tylko wtedy, gdy człowiek przykłada do niej rękę. Wystarczy, że jej nie przyłożysz. Nie podpiszesz, nie zagłosujesz — i wtedy zobaczysz, jak system sam się odsłania. Albo w panice zmieni przepisy, żeby utrzymać dekorację, wprowadzi nakaz głosowania ,albo będzie przedłużał bez końca rządy tych samych, którzy już tam są. I w obu przypadkach prawda staje się widoczna: nigdy nie miałeś żadnego prawa wyboru.

Oni tam zawsze będą, nawet kiedy nie podpiszesz niczego.

Z przesłaniem dla świata, Morfeusz

Zobacz także

Dodaj komentarz