Iluzja tożsamości czyli globalny dom wariatów
Psychiatra siedzi naprzeciw pacjenta i mówi: „pan wierzy, że jest kimś, kim nie jest”. Zapisuje w notatniku: urojenie tożsamości. Chory. Ale chwilę wcześniej przedstawił się: „doktor Kowalski, psychiatra”. I sam wierzy, że to słowo „doktor” czyni go kimś więcej niż człowiekiem naprzeciw. Wierzy, że funkcja jest nim samym. Urojenie z innej strony lustra.
To, co w jednym pokoju nazwano chorobą, w drugim nazywa się tytułem. Ten sam mechanizm, inny status społeczny. Gdy pacjent mówi „jestem Napoleonem”, to obłęd. Gdy urzędnik mówi „jestem sędzią”, to urząd. Gdy ksiądz mówi „jestem pośrednikiem Boga”, to powołanie. Gdy prezydent mówi „ja reprezentuję naród”, to konstytucja. Każdy z nich wierzy, że forma, którą nosi, jest jego rzeczywistością. Że to, co społeczne, zastępuje to, co rzeczywiste.
Cywilizacja zbudowała psychiatrię, by odróżniać urojenie prywatne od zbiorowego. To nie jest nauka o zdrowiu, to nauka o granicach akceptacji. Kiedy jednostka wierzy samotnie – to choroba. Kiedy wierzy wielu – to system. Różnica nie leży w treści, tylko w liczbie wyznawców. Dlatego ten, kto widzi iluzję, zostaje nazwany chorym, a ten, kto ją podtrzymuje, zdrowym.
Forma stała się sanktuarium dla szaleństwa, które samo siebie uznało za normę. Mundur, tytuł, sutanna, toga – to tylko maski, które dają immunitet od prawdy. Wystarczy założyć jedną z nich, by zniknęła odpowiedzialność osobista. Człowiek staje się pojęciem. I wtedy można mówić bez końca: sędzia postanowił, ksiądz ogłosił, prezydent zdecydował. Żaden z nich nie mówi sam, wszyscy mówią w imieniu formy.
To dlatego społeczeństwo czci funkcję, a boi się człowieka. Bo człowiek może się pomylić, a forma nigdy. Forma jest zawsze doskonała, nawet jeśli mówi kłamstwo. Forma usprawiedliwia wszystko, co nie mieści się w sumieniu. Psychiatra, który rozpoznaje urojony obraz w cudzym umyśle, sam żyje w zbiorowym urojeniu, że tytuł i pieczątka gwarantują prawdę.
Ten świat nie leczy szaleństwa. On je organizuje. Nadaje mu strukturę, hierarchię, reguły. Szaleństwo zostaje zinstytucjonalizowane. Urojenie otrzymuje pieczęć, godło i hymn. Kto wierzy w tę strukturę, zostaje obywatelem. Kto ją widzi, zostaje pacjentem.
A jednak to wszystko opiera się na tym samym błędzie: utożsamieniu bytu z nazwą. Człowiek nie jest tym, co o sobie mówi, ani tym, jak go nazwano. Jest procesem, który widzi siebie w działaniu. Ale cywilizacja tego nie znosi. Ona potrzebuje masek, bo tylko maski są przewidywalne.

Dlatego lekarz w białym kitlu nie widzi chorego – widzi przypadek. Sędzia nie widzi człowieka – widzi paragraf. Ksiądz nie widzi sumienia – widzi grzech. Prezydent nie widzi ludzi – widzi elektorat. Każdy patrzy przez formę, bo forma jest bezpieczna. Tylko ten, kto patrzy bez niej, ryzykuje spotkanie z prawdą.
Prawda nie ma tytułu. Nie potrzebuje urzędu, by istnieć. Nie wymaga zgody, by być widoczna. Ale w świecie form staje się zagrożeniem, bo rozpuszcza struktury oparte na kłamstwie. Dlatego prawda musi być izolowana. Raz w szpitalu, raz w więzieniu, raz w społecznym milczeniu.
Urojenie prywatne da się wyleczyć. Urojenie zbiorowe – tylko zobaczyć. Bo ono żyje nie w jednym człowieku, lecz w języku, który mówi za wszystkich.
Bo w gruncie rzeczy nikt tu nie jest zdrowy. Ani psychiatra, ani pacjent, ani sędzia, ani podsądny. Wszyscy grają w ten sam teatr, tylko jedni mają kostiumy z państwowego magazynu, a inni uszyte z własnych złudzeń. Różnica między nimi to tylko cena biletu. Świat, który nazywa się normalnym, to po prostu największy dom wariatów, jaki udało się zbudować bez krat w oknach.
I tylko ci, którzy przestają grać, zaczynają widzieć. Ale widzenie nie daje miejsca w tym domu — ono gasi światła. I wtedy wszystko, co wyglądało jak porządek, okazuje się snem chorego systemu, który sam siebie ogłosił lekarzem.
Z przesłaniem dla świata, Morfeusz



