Opieka zdrowotna, czyli jak sprzedać chorobę w opakowaniu ratunku [1/4]

I. Czym jest „zdrowie”?

Zapytaj przeciętnego człowieka, czym jest zdrowie – odpowie:
„To wtedy, gdy nic nie boli.”
Albo: „To brak choroby.”
Ale nie zdaje sobie sprawy, że już te odpowiedzi są efektem tresury.
Bo czy rzeczywiście zdrowie to brak objawów? A może brak wiedzy o tym, że coś dzieje się w organizmie?

Współczesny system medyczny nie definiuje zdrowia jako naturalnego stanu równowagi, tylko jako zbiór wyników mieszczących się w normach laboratoryjnych.
Normy te zresztą nie są oparte na absolutnych wartościach, lecz na średnich wyciąganych z populacji… która już dawno przestała być zdrowa.

Zdrowie stało się pojęciem normatywnym, nie rzeczywistym.
Jeśli masz odpowiednie ciśnienie, wagę, poziom cukru i cholesterol „w widełkach” – jesteś zdrowy, nawet jeśli twoje ciało woła o pomoc.
A jeśli masz lekko podwyższony jeden wskaźnik – już jesteś pacjentem, nawet jeśli czujesz się doskonale.

To nie jest już troska o dobrostan.
To system etykietowania, oparty na pomiarze i porównaniu z arbitralną „normą”.

I tak dochodzimy do sedna sprawy:
zdrowie przestało być stanem – stało się towarem.
Towarem, który trzeba:

– kontrolować,
– monitorować,
– certyfikować,
– ubezpieczać,
– i oczywiście… kupić.

Masz aplikacje do monitorowania snu.
Smartwatche liczące puls i kroki.
Pakiety badań profilaktycznych.
Zestawy suplementów.
I oczywiście „ekspertów”, którzy zawsze znajdą coś, co trzeba „poprawić”.

Zdrowie stało się produktem o nieskończonym okresie ważności – pod warunkiem, że płacisz za jego utrzymanie.

Ale to nie jest zdrowie.
To abstrakcyjny stan laboratoryjny, którego celem nie jest uzdrowienie, lecz utrzymanie cię w pozycji… klienta.

II. Czym jest „choroba”?

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że choroba to coś oczywistego:
ból, gorączka, kaszel, wysypka, guz.
Ale to tylko powierzchnia.
Bo choroba w systemie nie oznacza cierpienia – oznacza odchylenie od normy.

A czym jest norma?
Statystycznym uśrednieniem wyników stada.
Nie twoim stanem naturalnym, nie twoją równowagą, nie twoim organizmem – tylko wartością, która komuś się „wydaje właściwa”.

W tym modelu nie jesteś człowiekiem – jesteś zbiorem parametrów, które należy porównać z tabelą.
Masz puls 100? Jesteś chory.
Masz TSH 4,5? Jesteś chory.
Masz 5 kilogramów nadwagi? Jesteś potencjalnie chory.

Nie dlatego, że coś ci dolega.
Tylko dlatego, że ktoś ustalił, że twoje wyniki pasują do definicji choroby.

Choroba stała się produktem marketingowym.
Jest potrzebna, by istniał rynek:

– rynek leków,
– rynek badań,
– rynek ubezpieczeń,
– rynek „profilaktyki”,
– rynek procedur,
– rynek konsultacji.

Ale żeby produkt się sprzedał – musi istnieć diagnoza.
A diagnoza to już nie jest odkrycie.
To decyzja.
Decyzja, że to, co masz, pasuje do jakiegoś kodu w klasyfikacji chorób.

I tak bóle brzucha stają się „zespołem jelita drażliwego”.
Złe samopoczucie – „depresją lekkiego stopnia”.
Zwykłe wahania emocjonalne – „zaburzeniem afektywnym”.
Znudzenie życiem – „ADHD u dorosłych”.

Im więcej chorób – tym więcej pacjentów.
Im więcej pacjentów – tym większy system.
Im większy system – tym bardziej opłaca się tworzyć nowe definicje choroby.
To nie jest opieka. To ekspansja rynku.

Choroba nie oznacza już, że coś w ciele wymaga równowagi.
Oznacza, że coś w ciele zostało uznane za „opłacalne do leczenia.”

Thomas Anderson

Zobacz także

Dodaj komentarz